Tak wyszło. Dziesięć lat, szmat czasu. Ale w końcu odwiedziłem Ojczyznę, Rodziców, Rodzinę bliższą i dalszą. Kwiecień był wyjątkowo zimny – nawet sypnęło śniegiem. Wylądowałem w Słoikowie. Warszawy prawie nie znam. Panie Siostry (Słoiki) mieszkają tam. Pierwsze wrażenie z Polski – Boże mój! wszędzie brzozy. Jakie to ładne drzewa. U mnie ich nie ma. Chyba, że ktoś sobie posadzi. Albo dawaj i jedź na północ, gdzieś do Minnesoty, czy co. W Królikarni zaatakowały mnie ptaki, nie inaczej. Okazało się, że nie zapomniałem: tse-tse-tse-czy-czy-czy-czy-czy (modraszka Parus cinereus). Inne głosy i śpiewy też same wracają – bogatki, piecuszki, kosy, kwiczoły. I inne. Tyle radości może dać kawka spacerująca po trawniku, to trudno opisać. A tak się bałem, że już zapomniałem. Jako nagroda i niespodzianka – wieczorny przelot spłoszonej przez kogoś słonki. I jeszcze mandarynki, jako lifer.

W Polsce, proszę ja Was, wszędzie są piękne kobiety. Zadbane, ale się nie uśmiechają. W ogóle ludzie też się nie uśmiechają. Czasami szedłem sobie, idę i widzę, że uśmiecha się kobieta. O jej, cudownie. Ale ona tylko rozmawiała przez zestaw głośnomówiący, więc uśmiechała się do rozmówczyni. Proszę Pań, proszę się więcej uśmiechać, bo od razu człowiek się czuje lepiej i inni też się czują lepiej, i każda uśmiechnięta niewiasta wygląda, jak milion dolarów. Mój pierwszy amerykański szef mówił do mnie – “Keep smiling!” Początkowo było ciężko, dziwnie jakoś. A propos: uśmiechamy się rozmawiając przez telefon, bo nasz rozmówca słyszy w naszym głosie, czy się uśmiechamy, czy nie. Japończycy, proszę ja Was, kłaniają się rozmawiając przez telefon, bo rozmówca SŁYSZY W SŁUCHAWCE, CZY OSOBA RZECZYWIŚCIE SIĘ KŁANIA, CZY NIE. Niezłe, co?

Na ulicach widziałem księży w prawdziwych sutannach, a zakonnice w habitach. Z pozostałych pozytywów mogę powiedzieć, że wyczułem jakiś optymizm w ludziach. Nawet w małej mieścinie rodzinnej namnożyło się jakichś biznesików, usług, handelków. Ludzie zajmują sią pracą i serdecznie w de mają postulowany przez Totalnych POpapranców upadek demokracji. Prawidłowo.

Wspomniane kobiety często widziałem w ciąży, lub z małymi dziećmi. Biję brawo, aż mnie łapy opuchły. Eat this, POpaprańcy.

W końcu odwiedziłem Muzeum Powstania Warszawskiego. Podobało się. Trochę za ciemno w środku, ale może i lepiej, bo łatwiej było mi ukryć objawy wzruszenia. A w Muzeum Narodowym niespodziewana uczta – wystawa ukiyo-e, w tym obecne były najsłynniejsze drzeworyty, jak “Wielka fala w Kanagawie” i “Niespodziewana ulewa na moście w Atake”. Jest też wideo prezentujące tę fascynujacą technikę. W gablocie można obejrzeć kolejne etapy produkcji odbitki, ale niestety kustosze pomięszali kolejność matryc i odbitek, lecz pomimo to uważny oglądacz może się w tym połapać i sobie wszystko w głowie prawidłowo ułożyć. Jest czynna do 7 maja, bodajże. Bardzo mi się poszczęściło. A kto nie widział, ten trąba!

Niestety, są pewne mankamenty – owszem, jest dużo nowych samochodów na ulicach i pal sześć ich drobną kubaturę, ale, proszę ja Was, za kierownicę to już mnie w Polsce nie wsadzicie. Za każdym razem, gdy wsiadałem do samochodu to odczuwałem klaustrofobię und starch! Czy ktoś mnie może objaśnić, dlaczego drodzy Rodacy tak sobie umiłowali ciągłe zmiany pasu ruchu? Jedzie sobie taki kierowca długą ulicą, w jednym kierunku, ale ciągle zmienia pas ruchu, i zajeżdża drogę, i siedzi na zderzaku, i wyprzedza. Wszystko po to, by na kolejnych światłach ten wyprzedzony zajechał mu drogę, zmienił pas ruchu tuż przed nosem. Normalnie poczułem się, jak na pamiętnej wyprawie ornitologicznej do Turcji, a główna różnica, to to, że polscy kierowcy włączają światła wieczorem. A mówi się “wolna amerykanka”. Cóż za pomięszanie pojęć.

Kolejna ważna sprawa – Polacy, i Polki niestety, palą papierochy. Dlaczego? Trudno zgadnąć. Potem ideę ja sobie prowadzony przez moje Słoiki ulicą pod nazwą Nowy Świat i brodzę, prawie że dosłownie, w papierochowych petach po kostki niemalże. Będąc już na ulicach Warszawy bardzo pilnie rozglądałem się za:

  1. jakimiś przejawami kodomictwa – na szczęście zero;
  2. przemiłą i prześliczną Panią Anią Ankieterką z “W tyle wizji”, cobym mogł zaistnieć medialnie – niestety zero of luck. Bywa i tak.

Ciekawa obserwacja jest taka, ze panie kasjerki obsługują kupujących na siedząco. Już nie pamiętam, czy było tak zawsze. Pewnie podobnie niezdrowo, jak obsługa na stojaka, może po prostu wygoda większa. Tak zauważyłem sobie tylko, całkiem niezobowiązujaco. I jeszcze widziałem dużą kolejkę ludzi na ulicy – okazało się, że to do jakiegoś urzędu do spraw osób z zagranicy. Zapomniałem już nazwy, ale kolejka była na ulicy Puławskiecj, chyba.

Podobno drzewa w Polsce umierają krzycząc niemym krzykiem, jedne sopranem, inne barytonem, przeciwko tzw. “Szyszko Lex”. Coś niby na rzeczy. Niby, jest tu słowem-kluczem, bowiem jadąc z Warszawy na południe autostradą wszędzie leżały zastępy niemo krzyczących trupków wyciętych drzew. I sterty piachu, i betonowe konstrukcje, i sprzęt wagi ciężkiej – to budują się autostrady; pewnie te o ustawowej przejezdności z czasów koalicji PO-Peezel. Po pomniejszych miejscowościach też dosyć dużo wyciętych drzew – znaczy holocaust dendrologiczny i uszy bolą od niemego krzyku. W zamian sporo pól dawniej uprawnych porosło laskami, zagajnikami brzozowo-wierzbowo-innymi. W okolicy, którą znałem kiedyś b. dobrze jest więcej drzew niż było przed 10 laty. Choćby wokół posesji Rodziców – musiałem się pilnie wsłuchiwać, aby usłyszeć skowronka, czy potrzeszcza. Wszędzie za to śpiewaja kosy, piecuszki, trznadle, później przyleciały kapturki i piegże. Gdyby tak rozmiłowana w obronie przyrody, ekosystemów i w ogóle różnego innego eko Totalna opozycja, wspierana różnym zielonym lewactwem, miała rzeczywiście dobro polskiej przyrody na sercu, to postulowałaby jeszcze większy wyręb drzew – właśnie na polach i powrót do miedz. Już od dziesięcioleci najbardziej zagrożone, w skali całej Europy, utratą siedlisk są gatunki polne (skowronek, potrzeszcz, przepiórka). Polska miała być twierdzą niezdobytą…

Ale już dajmy spokój, nikogo to nie obchodzi. Za to pod Zamkiem Królewskim w Warszawie jakiś pan puszczał ogromne bańki mydlane. Mocno wiało. Tam się schodzi schodami w dół, na przystanek tramwajowy. Czekając na tramwaj nagle nadleciała chmura baniek. Stałem nimi otoczony, a nazajutrz odleciałem do domu.

A do Wrocławia nie zajrzałem, szkoda.


Mialem juz dac sobie spokoj, ale napisalem juz dawno temu, wiec puszczam w pustke.

Advertisements